Ostatnie uderzenie Stambulskiego serca postanowiliśmy usłyszeć w najbardziej konserwatywnej z dzielnic tego miasta -w Eyüp. To właśnie tu (w 1458 r.) postawiono pierwszy, po zdobyciu przez Turków Konstantynopola, meczet – Eyüp Sultan Camisi. W odróznieniu od większości dzielnic Stambułu, niemal wszystkie kobiety odziane są tu w chusty lub czadory, a mężczyźni w szarawarach i długimi brodami nie są rzadkością. To w Eyüp Sultan Camisi dokonuje się rytualnego obrzezania chłopców. Nawet w Stambule można poczuć Orient przez wielkie “O”.
Weekend artystyczny
W roli głównej – Olguś zwana Najświętszą Panienką. Ja – Król II. W sobotę graliśmy w Polonezkoy, w niedzielę w Stambulskim św. Antonim. W poniedziałek – Broadway.
Korzystając z przyjazdu Konrada i Agnieszki zwiedziliśmy Hagie Sophie.
Buyrun, buyrun!
Mimo, że daleko od domu, to udało się nam spędzić te Święta w tradycyjny sposób (na tyle na ile było to możliwe). Był opłatek, kolędy, tradycyjny barszcz, pierogi, uszka i makowiec. Nietradycyjna była może liczba osób – 17 studentów + 1 mama studencka. No może też forma nakrycia stołu – w zastępstwiwe obrusu użyta została zasłonka;). W każdym razie już za nami Święta na emigracji.
I jeszcze kilka zdjęć z wczorajszej demonstracji.
1. Jak wyglądały Święta w Stambule?
http://www.hurriyet.com.tr/english/domestic/10641094.asp
2. Wczorajsze protesty – materiał CNN
http://snackfeed.com/videos/detail/7e3a675c-25aa-102c-a525-00304897c9c6/Protestors-take-to-streets
1. Odnośnie ataku Izraela na Strefę Gazy, niech wyczerpującym komentarzem będą słowa Marka Aureliusza (Rozmyślania, Księga VII, 65)
“Bacz, byś nie postępował tak wobec ludzi nie mających uczuć ludzkich, jak ludzie nie mający uczuć ludzkich wobec ludzi”.
2. 24 grudnia zmarł S. Huntington. Warto przy tej okazji zaznaczyć, że to nie on, jak powszechnie się uważa, był autorem terminu “the clash of civilizations“. Jako pierwszy, jeszcze w latach 50., użył tego terminu B. Lewis, by powtórzyć go w 1990 w artykule The Roots of Muslim Rage.
Świat muzułmański nie pozostał bez odpowiedzi na ataki Izraela na strefę Gazy. O tym, oczywiście nie informują nasze prowincjonalne media zajęte relacjonowaniem konsumpcji kolejnego świątecznego kotleta.
Także przez Stambuł przetoczyła się fala protestów.
Tradycyjnie, miejscem pochodu była ulica Istiklal. Kilkutysięczny tłum – palestyńczykow i turków, skandował antyizraelskie, antyamerykanskie i propalestynskie (jak i prohamasowskie) hasła. Co chwilę słychać było “Allah”. Ulicą szedł praktycznie cały przekrój społeczeństwa – kobiety w chustach, mężczyźni, młodzi, starzy, w arafatkach jak i w garniturach.
Nie czuło się nienawiści. Raczej złość i wsparcie dla Palestyńczyków. Ktoś podpalil flagę Izraela, lecz natychmiast, na wyraźne polecenie organizatorów – została ugaszona. Umundurowani policjanci stali u wylotu ulicy, nie ingerując w pochód, natomiast policjanci “po cywilnemu” stali rozstawieni co kilka metrów.
Początkowo wydawało się, że demonstracja jest chaotyczna i spontaniczna, lecz był to pozór. Całość była niezwykle precyzyjnie kierowana przez organizatorów – to oni decydowali jakie okrzyki będa skandowane, gdzie i kiedy zatrzyma się pochód, czy choćby o tym kiedy demonstranci mają przysiąść (kilka tysięcy osób w jednej chwili przysiadło na kilka minut i podniosło transparenty).
Załączamy do pobrania kilkudziesięciu sekundowy filmik z demonstracji (14.8 mb)
Żeby zlać się nieco z tłumem, na miasto ruszyłem przywdziany w szalik Galatasaray. Mała rzecz a cieszy. Dzięki Szycha!
Przygód kilka wróbla ćwirka cz.1 – Syria dobry początek.
Opublikowane Grudzień 22, 2008 Uncategorized 2 CommentsZadzwonił telefon. Wojtek po drugiej stronie słuchawki, mówi, że właśnie kupuje bilety na bus. Pyta czy kupić i dla nas. Patrzę na Olgę – skinieniem głowy potwierdza. Z wyjątkową lekkością serca odpowiadam Wojtkowi, że tak. Dopiero chwilę po zakończeniu rozmowy dociera do mnie: jedziemy do Syrii.
Kilka dni później idziemy do konsulatu syryjskigo załatwić wizy. Dzień jest piękny, przypomina późno marcowe słoneczne dni, kiedy to przyroda wymęczona stęchlizną zimy ponownie może zachłysnąć się świeżym powietrzem. Uzbrojeni w mapę Stambułu postanowiliśmy przespacerować się do konsulatu.
Mniej więcej w połowie drogi zaczepia nas starszy mężczyzna. Jest niski, ubrany w wytarte niebieskie jeansy, czarną kurtkę i nienagannie czyste, czarne pantofle. Pomarszczona, śniada skóra twarzy i delikatne zgarbienie czynią go jeszcze starszym niż jest w rzeczywistości. Tylko błyszczące oczy zdradzają niezwykłą witalność i energię ciała. W dłoni trzyma drewniane pudło rozkładane niczym harmonia. W środku leżą wszelkie przybory niezbędne do czyszczenia obuwia. Pucybut, jakich wielu w Stambule.
- Pardon, what is the time – zagaduje z charakterystycznym tureckim akcentem. Wskazuje mu godzinę na telefonie. Widząc, że w dłoni trzymam mapę, pyta dokąd idziemy. Słysząc odpowiedz proponuje, że nas podprowadzi i wskaże właściwa drogę. Jest to nam na rękę, więc podążamy za nim. Idzie sprężystym krokiem. Plunął na palce i rozsmarował ślinę na dłoni. Zanurzył dłoń w kieszeń i wyjął małą monetkę – 10 kuruszy. – For you mister. For colecion. – powiedział z uśmiechem. Podziękowałem i schowałem monetę. Uszliśmy dobre 100 m i znaleźliśmy się na wzgórzu z którego schody prowadziły do rozległego parku. Po chwili, na środku schodkowej drogi pucybut zatrzymuje się. Wskazuje palcem i mówi z u śmiechem – After park – konsulat. Dziękujemy mu za pomoc, lecz wówczas on wskazuje palcem na nasze buty. Nic za darmo – myślę. Pomimo nalegań ze strony pucybuta, przed pastowaniem zdjęliśmy obuwie, uważając, że czyszczenie nam butów założonych na nogi, jest poniżające tak dla niego, jak i dla nas. My staliśmy na schodkach w samych skarpetkach, a on siedząc na swoim przenośnym krzesełku wcierał pastę.
- Where are you from? – zagadnął tradycyjnym tureckim pytaniem kierowanym do turystów. – Polonya – odpowiedzieliśmy. – Good, very good, Polonya. – No problem Polonya. Nie wiedzieliśmy z czym dokładnie jest „no problem”, ale ostatecznie jest to lepsze niż jakikolwiek „problem”. Pucybut rozochocony rozmową, wyjął z kieszeni kolejną monetę i wskazał na jej rewers – Ataturk – president of Turk – stwierdził dumnie. – Who is Polonya president? Jak na pucybuta to dosyć ciekawy świata, więc mu odpowiadam (chyba jednak nieco mniej dumnie), że naszym prezydentem jest Lech Kaczyński.
- Polish president in Money? – zapytuje – Polish money? Colection. Do tego numizmatyk – myślę.
-Yok – odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Mister – polish money. Colection – powtarza wykrzywiając twarz jakby chciał zaznaczyć powagę sytuacji.
-I have no polish money.
- Mister – polish money! Colection! – z uporem maniaka powtarza.
Przychodzi mi na myśl, żeby w końcu wyjąć banknoty z saszetki i pokazać, że mam tylko euro i uciąć tym samym bezsensowny dialog. Jednak patrzę na niego podejrzliwie i zastanawiam się, czy aby pucybut nie chce nas okraść. Mierzę go wzrokiem raz jeszcze, i myślę, że przecież nawet gdyby, to jest on o głowę ode mnie niższy i na oko ze 35 lat starszy – nie ma szans ucieczki. Wyjmuję 100 euro i pokazuje mu banknoty. Pucybut wstaje i z zaciekawieniem bierze je w dłonie wykonując gwałtowny ruch ręki jednocześnie patrząc mi prosto w oczy. Całą sytuacja nie trwa dłużej niż ułamek sekundy, po czym oddaje banknoty mówiąc – Polonya no problem, no problem. Siada na krzesełku i z twarzą rozpromienioną uśmiechem krótkimi ruchami szczotki kończy czyszczenie. Widząc, że oczekuje od nas jakiejś zapłaty, daję mu 2 liry. Bierze je zadowolony, jakby otrzymał solidną zapłatę. Raz jeszcze wskazuje ruchem ręki syryjski konsulat. Żegna się z nami i powoli oddala się idąc schodkami w górę. Wiem, że coś jest nie tak, jak być powinno, ale jeszcze nie wiem, co dokładnie. – Mariusz, czy on Ci oddał wszystkie pieniądze? – po krótkiej chwili pyta Olga. Gorączkowo sprawdzam saszetkę – 3 banknoty po 20 euro – brakuje dwóch banknotów po 20 euro. Jeszcze raz patrzę – tak, mam tylko 60 euro. Odwracamy się na pięcie i biegniemy za pucybutem. Ten jak na swój wiek, ucieka wyjątkowo szybko. Po kilkunastu sekundach dobiegam do niego i mówię zdyszanym głosem – Not so fast! (nie wiem skąd ten idiotyczny tekst przyszedł mi do głowy). - Give me my money back or I phone police! Ten jakby rażony piorunem siada na krzesełku, sięga ręką do swojej drewnianej walizeczki i z jednej z szufladek błyskawicznie wyjmuje nasze 40 euro. Odruchowo chwyciłem go za ucho, wytargałem i pokiwałem palcem jakbym miał przed sobą 10 letniego smarkacza zasługującego na srogie skarcenie. Gombrowicz widząc ten obrazek pewnie nieźle by się uśmiał.
Tym razem sprytny pucybut pomylił się – czasami z Polakami są problemy. A szczególnie z czujnymi polkami.
Przygoda była przednia, a popisowy numer ze znikającymi banknotami był całkiem niezły, jednak nie tyle, by płacić za to 40 euro. Nota bene ciekawe, ilu już turystom, drogi Pan pucybut pomagał w ten uroczy sposób?
W Turcji Boże Narodzenie jest zwykłym dniem pracy. Np. ja, chcąc nie chcąc, mam wizytę u dentysty w tym dniu. Tym niemniej nie poddajemy się tak łatwo i w ramach przygotowania do Świąt zrobiliśmy kilka ozdób. Oto i one
Hand made.


























































